Wy, którzy tu wchodzicie, żegnajcie się z nadzieją...
Kategorie: Wszystkie | Disney | Eksperyment twórczy | Nandi | bzdury | oparte na faktach
RSS
wtorek, 02 listopada 2010

Aha… No cóż, to nasze święto, więc powinniśmy balować. A że żadnej imprezy nie było (martwi ludzie to straszni sztywniacy!) to musiałam zejść na ziemię, żeby pooglądać, no musiałam! Za życia nie znosiłam Święta Zmarłych. Tłumy na cmentarzach i bazarowa atmosfera mnie przygnębiały, dlatego chciałam wiedzieć jak to wygląda z drugiej strony, no nie? Ale teraz żałuję, bo zobaczyłam coś najbardziej przygnębiającego na świecie…

On i Ona przyszli razem. Przynieśli znicz wielkości dyni. No dyni! Wielki znicz, który pani ze straganu szumnie zachwalała „świeci się cały tydzień!”. Pewnie wywalili na niego fortunę. Zgasł 10 minut po ich odejściu. Oprócz znicza przynieśli też wieniec. Był rozmiarów koła od traktora. Akurat żeby zawalić cały grób. Wianek oczywiście sztuczny, coby wytrzymał do Bożego Narodzenia, kiedy znów łaskawie przyjdą mnie odwiedzić. Potem stali i się modlili Wieczny odpoczynek racz jej dać Panie… Ale myśli wciąż gdzieś im uciekały. Ona zastanawiała się co zrobić dzisiaj na obiad, czy zdąży ulepić kluski. Pomyślała też, żeby kupić wafelki do kawy, ale nie wiedziała gdzie, bo wszystkie sklepy pozamykane. On myślał nad kupnem samochodu. Najwyższy czas, nie może do tej nowej pracy autobusem ciągle jeździć. Ale chyba będzie musiał wziąć używany… i niech odpoczywa w pokoju wiecznym amen.

I byli z siebie bardzo zadowoleni, bo ich znicz był największy w okolicy. Ale wtedy koło nich przeszedł ten facet. Niósł w ręku znicz, który zawstydził ich znicz. Był formatu pralki, a do tego świecił na zielono i śpiewał piosenkę „wstawaj, szkoda dnia”. Bardzo ich to zdenerwowało. Szybko wyszli z cmentarza z myślą, że za rok zamiast zwykłego znicza kupią fosforyzujący pokrowiec na mój grób. Niech ludzie widzą, jaka byłam dla nich ważna!

W dupie mam ten ich pokrowiec. Przyszli mnie odwiedzić, drugi raz w roku, a nie powiedzieli do mnie ani słowa. Nie pomyśleli o mnie nawet przez chwilę. Co mówisz? Tak, masz rację. Taka kolej losu i powinnam się z tym pogodzić. To żywi ludzie są ważni. Martwych już nie ma. Można o nich zapomnieć.

No dobra, ale to mam do nich jedną prośbę: zamiast tego głupiego pokrowca kupcie flaszkę. Bardziej się przyda, jak będę organizować w przyszłym roku bal Wszystkich Świętych.

Nandi

wtorek, 19 października 2010

Tak, wiem, że miałam więcej nie pisać. Dziś jednak poczułam po raz pierwszy w życiu prawdziwą, gwałtowną potrzebę napisania notki.  I nie, nie będzie to żaden pseudoliteracki chłam którego tutaj pełno. Rozsadza mnie taki gniew że już nawet nie chce mi się udawać literata. Muszę coś wykrzyczeć. I co z tego że będzie to krzyk w poduszkę, którego nikt nie usłyszy. Nie ważne, w dzisiejszym świecie i tak nikt nic nie słyszy. Właściwie ja sama nie wiem teraz o co mi tak naprawdę chodzi i skąd we mnie ta nienawiść do wszystkiego i wszystkich. Tak to już jest, ziarnko do ziarnka i zbudujemy bazylikę, czy jakoś tak...

A oto co się dziś wydarzyło: Jechałam rano autobusem. Jak codziennie. W uszach miałam muzykę, nic poza nią mnie nie interesowało. Autobus zatrzymał się przy dworcu i jakaś babcia zaczęła wysiadać. Kiedy była już połową ciała poza autobusem a połową jeszcze wewnątrz niego (spadać od sformułowania, nie umiem napisać inaczej) kierowca zamknął drzwi, przytrzaskując ją. Zdołała się jakoś wyślizgnąć z pomiędzy nich, ale niestety nie zdążyła zabrać ręki i drzwi przytrzasnęły jej torebkę i reklamówkę. Tak więc była przygwożdżona do autobusu, a kierowca ruszył z przystanku, nie zwracając uwagi, że ciągnie za sobą człowieka. Ludzie w autobusie zaczęli krzyczeć, żeby się zatrzymał. Ja od siebie dodałam „kretyn”, na cały głos, tak, że wszyscy pasażerowie na mnie spojrzeli. „Kretyn” zatrzymał się i otworzył drzwi. Ze swego miejsca zobaczyłam tylko że babcia leży na ulicy. Najbardziej wstrząsnęło mną to, że kierowca nawet się nie pofatygował żeby wyjść i sprawdzić czy kobieta nadal żyje. Jak to możliwe, że ktoś taki prowadzi autobus? Na szczęście jakiś pasażer wyszedł, żeby jej pomóc. Do autobusu nie zdążył wrócić, bo kierowca zatrzasnął drzwi i spokojnie sobie odjechał.

Przez następnych kilka godzin dręczyła mnie myśl, że ja sama nic nie zrobiłam, że zdobyłam się jedynie na stwierdzenie „kretyn”. Ale co miałam zrobić? Może powinnam złożyć skargę na KZK GOP? Bez sensu, przecież równie dobrze mogłam sobie tę historię wymyślić. Co z tego że autobus był pełen świadków, skoro już więcej nigdy ich nie spotkam i nie mam pojęcia kim oni byli. A może miałam podejść do kanciapy kierowcy i rozkazać mu wyjść do tej biednej pani? Nastraszyć go policją? Wyzwać od skurwysynów? Zdecydowałam się tylko napisać głupią notkę na bloga…

Moja wyobraźnia stworzyła szereg scen, w których owy kierowca wylatuje z pracy, albo zostaje do krwi pobity przez wszystkich pasażerów autobusu. Życzyłam mu, żeby jak będzie starym dziadem, przyjechał go pociąg. Ale czy wolno mi tak myśleć? Czy to byłoby sprawiedliwe gdyby jako dziadek pokutował za błąd, który popełnił wiele lat wcześniej? Analogicznie, można sobie dopowiedzieć, że tamta babcia, która wysiadała z autobusu, jako młoda dziewczyna podpaliła kota, albo zrobiła coś bardziej obrzydliwego i teraz za to płaci. Zbrodnia i kara, takie bezsensowne koło. Przez cały dzień nie potrafiłam się z tego otrząsnąć, krew się we mnie burzyła, kiedy wsiadałam do tramwaju, wracając z uczelni. Ktoś by mi powiedział, że mam się tym nie przejmować, ale ja chyba jestem zbyt wrażliwa. Teraz jestem młoda i zdrowa, ale przecież kiedyś też będę stara… Czy ten kierowca nie miał babci?

Tak, wszystko co wyżej napisałam, to jeden wielki chaos i tak naprawdę nie ma żadnego znaczenia. Ten chaos jest we mnie. Jedno poranne zdarzenie, a cały dzień, za przeproszeniem, w dupie. Na tyle w dupie, że dzielę się tym z… no właśnie, chyba z nikim bo i tak nikt tego nie przeczyta.

Jeśli jednak ktoś to przeczyta, to przepraszam za jad wypływający z tej notki. Bo sama teraz nie wiem czy jestem smutna czy wściekła. Nie wiem też czy to z powodu autobusu czy… czegoś innego. Tak, chyba nawet "coś innego" dręczy mnie bardziej niż jakaś anonimowa babcia i anonimowy kretyn. Ale to nieważne. Nic już nie jest ważne. Dla nikogo.

niedziela, 17 października 2010

Pobrzmiewają cymbałki, dźwięczą dzwonki na nogach ślicznotek. Owinięta w swą zasłonę Radha wyjdzie dzisiaj, aby zatańczyć taniec miłości dla Krishny…

Fragment piosenki "Dholi Taro" z filmu "Hum Dil De Chuke Sanam"

 

* * *


Dziś wieczorem założę dzwonki na nogi i wyjdę na scenę. Poruszając się w rytm muzyki, opowiem nową historię. Historię w której to ja będę główną bohaterką, a każdy kto na mnie spojrzy, stanie się niewolnikiem mojego uroku.

Jestem niebiańską tancerką, która zstąpiła na ziemię, aby rozświetlić scenę swym uśmiechem. Ale scena nie jest już sceną. Stała się świątynią, w której niebiańska tancerka, przybrana w szatę z księżycowej poświaty, składa hołd bogom. Kłaniam się lotosowym stopom Srimannarayany i wielkim oczom Jagannatha. Ukryty gdzieś na widowni, a może za jedną z kolumn świątyni, obserwuje mnie przystojny młodzieniec. To Krishna, ukochany Radhy. To mój Krishna, ten który nie istnieje. I nagle świątynia znika, przenoszę się nad jezioro, w środku lasu, gdzie mową mego ciała wyznaję miłość Krishnie. Scenie tej przygląda się zza drzew zły Rawana, który nie potrafiąc oprzeć się mojej urodzie, porywa mnie do swego pałacu. Tak, wiem że w tej legendzie to Sita została porwana. Ale to moja legenda i w niej mogę być zarówno Sitą jak i Radhą.

W pałacu Rawan rzuca mi dzwonki do stóp i każe tańczyć. Staję się indyjską kurtyzaną, lecz mój taniec przepełniony jest tęsknotą za Krishną. Ból tęsknoty jest tak słodki… Krishna, prowadzony moim śpiewem, dociera do pałacu demona i po ciężkiej, krwawej walce zabija go. Sceneria znów się zmienia. Pałac Rawany staje się namiotem ślubnym, oświetlonym tysiącem lampionów. Krishna posypuje moją głowę cynobrem. Brzmią bębny, otaczają nas ludzie, w rękach niosą tace, sypią garściami kwiatów. To nasza pieśń weselna. A potem Krishna bierze mnie za rękę i prowadzi w ciemność kulis, gdzie nie sięga już blask sztucznego słońca…

Aż w końcu budzi mnie czyjś głos:

-Ty tu tańczysz?

-Nie, ja tylko posypuję tancerkom stopy fusspudrem…

* * *

To ostatni wpis na tym blogu. Rozstaję się z nim bo... nic już do niego nie czuję :) Po prostu nie mam już do tego serca :) Dziękuję wszystkim którzy mnie czytali i do zobaczenia być może w innej rzeczywistości... :)

wtorek, 14 września 2010

Witajcie, to znowu ja, Wasza ulubiona reporterka Rita Skeeter. Dziś mam dla Was sensacyjne informacje, które diametralnie zmienią Wasz światopogląd!

Chłopiec, który przeżył, Wybraniec. Tak Joanne K. Rowling nazywa Harry’ego Pottera w swej książce, w której kreuje go na bohatera: prawego, odważnego, nieskazitelnego. Ale czy Harry Potter naprawdę taki był? Jak się okazuje, Rowling przemilczała, zresztą niezbyt sprawnie, wiele faktów, które nie umknęły mojej uwadze. Gdy uważnie czytamy książkę, o Harrym Potterze, człowieku, który pokonał Sami-Wiecie-Kogo, na jaw wychodzą nieścisłości i pojawiają się wątpliwości co do niektórych praw rządzących światem czarodziejów.

  1. Jak spłodzony został Hagrid? – Jego matka była olbrzymką, a ojciec człowiekiem. Hagrid jako ich syn jest więc półolbrzymem. Powstaje jednak pytanie, o techniczny aspekt jego poczęcia. Bo niby w jaki sposób miałoby się to odbyć, skoro kobieta była tak wielka, że mogła mężczyznę zmiażdżyć w swojej dłoni?
  2. Gdzie uczniowie Hogwartu robią zakupy? – Gdzie kupują chociażby prezenty urodzinowe dla swoich przyjaciół, skoro wyjścia do Hogsmeade są możliwe dopiero od 3 klasy i to w dodatku tylko parę razy w roku? Czyżby u nich też działał serwis allegro?
  3. Dlaczego niepełnoletni czarodzieje mogli spożywać alkohol? – Co prawda obrońcy honoru Harry’ego Pottera mogą powiedzieć, że przecież kremowe piwo było trunkiem bezalkoholowym. Gdyby jednak dokładnie przeczytali książkę, nie byliby już tego tacy pewni. Pojawia się w niej wiele relacji, że młodociani czarodzieje byli w stanie upojenia po wypiciu kremowego piwa.
  4. Skąd dementorzy mają swoje peleryny? – czy kupują je u Madam Malkin? To raczej wątpliwe. Ale skoro tak, to skąd mają szaty? Wyobraża sobie ktoś gołego dementora?
  5. Skąd czarodzieje mają ziemniaki? – Albo też inne produkty spożywcze. Nigdy nie słyszałam, aby w Hogsmeade czy na Ulicy Pokątnej był supermarket. Owszem, część z nich może sobie ziemniaki hodować, ale co robią Ci, którzy mieszkają w mieście? Korzystają ze sklepów dla mugoli? A jeśli tak, to w jaki sposób, skoro żaden czarodziej nie zna się na mugolskich pieniądzach? A może po prostu kradną jedzenie z mugolskich supermarketów, za pomocą zaklęcia Accio? Tylko co musi myśleć mugol, który idzie sobie ulicą, a tu obok niego leci paczka ciastek?
  6. Dlaczego żaden z profesorów Hogwartu nie ma żony? – Czy może w umowie o pracę mają klauzulę, która nakazuje im być zawsze singlami? Rowling nigdy nie wspomniała o tym, żeby któryś z nauczycieli był z kimś związany.
  7. Dlaczego Harry się nie myje? – w książce Rowling wielokrotnie pojawia się zdanie, że zmęczony Harry przebrał się w piżamę i położył do łóżka. Ani słowa o prysznicu, czy myciu zębów. Zresztą nie tylko on. Jego poplecznik – Ronald Weasley robił dokładnie to samo. Okazuje się, że Ten Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać pachniał lepiej od słynnego Harry’ego Pottera.

Na te, oraz wiele innych pytań, możecie znaleźć odpowiedzi w mojej nowej książce pt. Harry Potter – mężczyzna czy kobieta?, która wkrótce ukaże się w księgarni Esy i Floresy.

 

Rita Skeeter

sobota, 11 września 2010

Co prawda powinnam dać notkę muzyczną, do którego to łańcuszka zostałam zaproszona zarówno przez Bhuvana jak i przez Coralie, jednak rezygnuję z tego. Już kiedyś umieściłam tutaj swoją listę przebojów, a czuję że jestem muzycznie zbyt monotematyczna - pewnie na mojej liście znalazłyby się prawie same piosenki indyjskie, a to by było nudne :)

Za to z chęcią przyłączam się do innej zabawy: 10 rzeczy, które lubię. Co prawda nikt imiennie mnie nie zaprosił, ale Bhuvan napisał, że zaprasza wszystkich chętnych, a ja jestem chętna więc...

OTO CO NAPRAWDĘ LUBI NANDI

  1. Czas pomiędzy przebudzeniem się a wyjściem z domu – To moja ulubiona pora dnia. Oczywiście o ile nie muszę wstawać o 7, żeby jechać na uczelnię. Odpowiednia godzina na przebudzenie się to 9.15, zwleczenie się z łóżka 9:30, potem pyszne śniadanko z aromatyczną kawą. Lubię tę porę, bo wtedy nie muszę się przejmować życiem.
  2. Jedzenie – Ci, którzy mnie znają i wiedzą jak wyglądam, nigdy by nie uwierzyli, że ja kocham jeść. Mogłabym robić to bez przerwy!
  3. Filmy – zarówno te dobre, jak i te okropne (oczywiście bez przesady). Mogą być oglądane w kinie, bądź w domu, ale najlepiej w towarzystwie jakiejś fajnej osoby. Np. Coralie (tak, lubię oglądać z Tobą filmy, chociaż Ci się gęba nie zamyka :D)
  4. Wyobraźnię – moja wyobraźnia jest nieograniczona. To moja najlepsza przyjaciółka, działa 24 godziny na dobę, ubarwiając moje, nie oszukujmy się, nieco monotonne życie.
  5. Muzykę – zwłaszcza indyjską. Muzyka to największy sprzymierzeniec mojej wyobraźni.
  6. Zmywać naczynia – tak, wiem, że to dziwne! Ale przy zmywaniu najlepiej się myśli!
  7. Taniec indyjski – chociaż nie jestem w nim specjalnie dobra ;] Ale tylko dzięki tej formie ruchu moje ciało ciągle jest sprawne (inaczej przyrosłoby do łóżka). Poza tym jestem fanką orientu a taniec indyjski (zwłaszcza klasyczne formy) to idealny sposób zbliżenia się do kultury, która mnie fascynuje. Poza tym wyrabia grację, której kiedyś tak mi brakowało i dodaje pewności siebie.
  8. Ciuchy, kosmetyki i dbanie o wygląd – I możecie mi mówić, że jestem próżnym lachonem albo Bóg wie czym! Ja po prostu lubię dobrze wyglądać. Tuszowanie moich niedoskonałości za pomocą odpowiedniego stroju i makijażu sprawia, że czuję się jak artystka, która potrafi zrobić coś pięknego, z brzydactwa.
  9. Czytać – chociaż ostatnio nie mam na to wiele czasu, to jednak nie ma nic lepszego niż zanurzenie się w fikcyjnym książkowym świecie i zapomnienie o własnych problemach.
  10. Pisać – czułam, że to musi się znaleźć na liście moich ulubionych rzeczy. Chociaż to sporny punkt. Lubię pisać, ale nie lubię tego, że z reguły mi to nie wychodzi :)

No... a następnym razem może będzie już coś sensownego.

11:30, nandita3 , bzdury
Link Komentarze (6) »
środa, 08 września 2010

Spokojnie, już jestem! Dajcie spokój, to tylko krótkie wakacje! Przecież nie mogę tu siedzieć wiecznie! To znaczy, wiem że będę musiała, to w końcu niebo, więc jestem na nie skazana, ale mała zmiana otoczenia raz na jakiś czas nie zaszkodzi, prawda? No tak, wiem, że wróciłam 15-go sierpnia, a teraz jest wrzesień. No ale przecież musiałam wytrzeźwieć, zanim z Wami pogadam, nie?

Gdzie byłam? No wiecie, tu i tam. Na początku odwiedziłam Kolumbię i spotkałam takiego przystojnego Kolumbijczyka… A, spadajcie, nic Wam nie powiem. Zresztą, nic nie zaszło. Że co, muszę być czysta jak łza? Niby z jakiej racji, bo w niebie jestem? Czepiacie się. Może Wy jesteście aniołami i świętymi. Ale nie chcę być taka jak Wy, ja jestem Nandi, jedyna w swoim rodzaju. No przecież mówię, że między mną a Kolumbijczykiem nic nie zaszło!

Tak, później poleciałam do Londynu. Że co? Katastrofa lotnicza? No przecież nie mogłam zginąć w katastrofie lotniczej! Ja już nie żyję! Matko, co za idioci. Chcę rozmawiać z Waszym szefem! Co? Szefa znowu nie ma? Nigdy go nie ma, jak ja go potrzebuję…

Ale musiałam pojechać do Anglii. Jak to czemu, nie wiecie że Voldemort powrócił!?

No a potem poleciałam na Madagaskar, gdzie spotkałam się z królem Julianem. Nie znacie Króla Juliana? To sobie wpiszcie w youtube Król Julian i poznajcie! Swoją drogą, bardzo dobrze mi się z nim rozmawiało, lepiej niż z Wami.

Po drodze zahaczyłam jeszcze o Radawę, taką jedną wiochę… Zapomniałam zahaczyć o Indie, ale to następnym razem.

* * *

Jak widać wakacje miałam udane ;]

Oprócz tego przegrałam zakład o bloga, ponieważ w umowie było, że nie mogę się złamać i przestać pisać… Dlatego teraz wracam, żeby udowodnić, że gdybym tylko nie przestała, to zakład bym wygrała ;] Oczywiście o ile tym razem wytrwam, w co szczerze wątpię. W każdym razie… kto idzie z nami na Shishę? :)

Pozdrawiam

Nandi

Tagi: wakacje
15:07, nandita3 , Nandi
Link Komentarze (7) »
wtorek, 25 maja 2010

Ej, czy to się nadaje na zaliczenie na Kitę, czy nie bardzo? :)

 

Kopciuszek - ciąg dalszy

 

Kopciuszek postanowiła, że sama kupi kwiaty. Na służbę i tak nie mogła liczyć, wszyscy byli zbyt zajęci usługiwaniem jej dwóm siostrom, macosze, teściowej i mężowi. Czasem nawet naczynia Kopciuszek musiała osobiście zmywać, żeby były czyste, mimo iż była teraz księżną.

Gdy właśnie przygotowywała się do wyjścia, przybiegli jej dwaj mali synowie – siedmioletni Jakub i trzyletni Jan.

– Kazałam wam iść do taty, ja muszę teraz wyjść – rzekła Kopciuszek.

– Ale tata mówi, że jest zajęty – odrzekł Jakub. Usłyszawszy to, Kopciuszek zdenerwowała się. Zajęty, akurat! Pewnie znowu gra w karty. Poszła więc do komnaty swego męża i zastała go z szambelanem przy kartach.

– Co robisz? – spytała z wyrzutem – zajmij się dziećmi, muszę iść kupić kwiaty. Jutro jest przecież pogrzeb twego ojca, masz zostać królem, czy wiesz? Królestwo tonie w długach, nie mamy już z czego utrzymywać służby, która i tak nie jest żadną pomocą, a ty siedzisz i przegrywasz w karty…

– Daj mi spokój, kobieto – rzucił książę, nie zwracając na nią w ogóle uwagi. Kopciuszek, zasmucona, wyszła z komnaty i poszła po wózek, do którego wsadziła młodszego syna, starszego zaś wzięła za rękę. Cóż, musi ich zabrać ze sobą. Całe szczęście, że jej córka nie potrzebuje opieki. Antonina miała już piętnaście lat i świetnie radziła sobie sama. Uwielbiała spędzać czas w lesie, zbierając kwiaty i bawiąc się ze zwierzętami, które wcale się jej nie bały. Była bowiem tak piękna, że gdy wychodziła w deszczowy dzień, to wiatr natychmiast przeganiał chmury i wychodziło słońce, aby popatrzeć na jej śliczną twarzyczkę. Jej włosy lśniły niczym złoto, a skóra była biała jak najczystszy śnieg. Błękit jej oczu mógł zawstydzić niebo, lecz patrzyła ona na świat łagodnie i z uśmiechem. Gdy śpiewała, wszystkie leśne ptaki przylatywały, aby śpiewać z nią. Jelonki i zajączki jadły jej z ręki, a każdy, kto na nią spojrzał, zakochiwał się w jej cudownym uśmiechu. Kopciuszek nie zazdrościła córce urody, chociaż sama swoją już prawie straciła. Po urodzeniu trójki dzieci nie była tak szczupła i zgrabna jak kiedyś, a jej twarz poorały drobne zmarszczki. Nie myślała jednak o tym teraz, idąc alejką w stronę bramy, prowadzącej z pałacu do miasta.

Powolnym krokiem, pchając przed sobą wózek, doszła do swojej ulubionej kwiaciarni. Przywitał ją promiennym uśmiechem Hieronim – syn starej kwiaciarki, który zajmował się teraz sklepem. Hieronim zawsze bardzo lubił Kopciuszka.

– Witaj księżniczko, w czym mogę ci pomóc? – Zapytał ją uprzejmie.

– Jak wiesz, Hieronimie, jutro jest pogrzeb króla, na który na pewno przyjdzie całe królestwo. Chciałabym zamówić kwiaty na tę okazję…

– Oczywiście – odrzekł Hieronim, wręczając Jakubowi i Jankowi po cukierku i wyganiając ich do ogrodu, znajdującego się przy kwiaciarni. Gdy dzieci wyszły, zwrócił się już z troską w głosie do Kopciuszka – Mąż nic ci nie pomaga? – Pogładził ją po ramieniu – dlaczego na to pozwalasz?

Kopciuszek spojrzała na niego z wdzięcznością, ale nic nie odpowiedziała. Zmieniła temat i zajęli się ustalaniem koloru i rodzaju kwiatów, po czym Kopciuszek wręczyła mu zapłatę, zabrała dzieci i wyszła.

Gdy wróciła do zamku natychmiast znalazła ją teściowa, wypytując o kwiaty. Gdy dowiedziała się, że będą to lilie, bardzo się zdenerwowała i zaczęła krzyczeć na Kopciuszka, która nie rozumiała, dlaczego lilie nie podobają się teściowej. Nie było już czasu, aby zmienić wybór, więc za karę teściowa nakazała Kopciuszkowi ugotować kolację, aby służba mogła odpocząć. Kolacja niestety również nie smakowała teściowej, zatem przy stole panowała chłodna atmosfera. Gdy dzieci już zjadły i poszły do swoich komnat, Kopciuszek spróbowała porozmawiać z księciem.

– Kwiaty i trumna dla Króla były dość drogie…

Książę spojrzał na nią chłodno, ale nic nie odpowiedział. Wydawało się, że w ogóle nie interesuje go śmierć i pogrzeb ojca.

– To trzeba było wybrać jakieś tańsze – ofuknęła ją teściowa. Zrezygnowany Kopciuszek wstała i zaczęła zbierać naczynia ze stołu. Służba wciąż odpoczywała. Gdy pozmywała i posprzątała kuchnię, poszła do komnaty swej córki, aby jak co wieczór poczesać jej piękne złote włosy. Te chwile spędzane z córką zawsze sprawiały, że przestawała być smutna.

Następnego dnia odbył się pogrzeb, na który, tak jak przewidywała, przyszło całe królestwo. Po pogrzebie teściowa wypomniała Kopciuszkowi lilie, oraz zły kolor trumny. Kopciuszek rozpłakała się, co wzruszyło lud, który myślał, że płacze z powodu śmierci króla. Wszyscy składali jej kondolencje. Nie było wśród nich jednak Hieronima, z którym tak pragnęła porozmawiać. Nie został do niej dopuszczony, jako iż należał do niższej warstwy społecznej.

Przez następne dni życie towarzyskie w pałacu zamarło, a kiedy minął w końcu okres żałoby, teściowa zadecydowała, że należy wydać bal, z okazji koronacji jej syna na króla. Kopciuszek postanowiła, że sama kupi kwiaty na ten dzień. Tym razem swoich dwóch synów pozostawiła pod opieką Antoniny, która zabrała ich do lasu, aby razem z nią pobawiły się ze zwierzętami.

W kwiaciarni Hieronim zaproponował jej herbatę i Kopciuszek spędziła bardzo miło czas rozmawiając z nim. Nie mogła jednak długo siedzieć, gdyż w pałacu czekała na nią praca. Musiała razem ze służbą posprzątać salę balową, ustawić krzesła i stoły, dopilnować, aby potrawy były dobrze przygotowane. Kiedy w końcu nadszedł czas balu, była zbyt zmęczona, żeby tańczyć. Zresztą, i tak nie miała z kim. Jej mąż już od dawna z nią nie tańczył, ani się nią nie interesował. Bal spędziła więc, obserwując, jak jej córka tańczy z pewnym młodym, przystojnym księciem. Kopciuszek była bardzo ciekawa, kto to może być. Wtem, jej córka podeszła wraz z owym młodzieńcem do stołu rodziców.

– Mamo, tato, wychodzę za mąż – oznajmiła z uśmiechem. Książę bardzo się ucieszył, lecz Kopciuszek była zaniepokojona.

– Córeczko, tak wcześnie? – spytała nieśmiało.

– Mamo, mam już 15 lat. Poza tym, zakochałam się. To była miłość od pierwszego wejrzenia. Spotkałam księcia Maksymiliana podczas jednego ze spacerów po lesie. Zaatakował mnie wtedy dzik, a ja schroniłam się ucieczką na drzewo. Jednak dzik nie chciał odejść i byłabym tam siedziała wiecznie, gdyby książę nie pojawił się i nie zabił zwierzęcia. – odpowiedziała Antonina. Kopciuszek poprosił ją o rozmowę na osobności, wyszły więc razem do ogrodu.

– Wiesz, że jesteś moim skarbem – rzekła Kopciuszek z troską w głosie – chcę dla ciebie jak najlepiej. Takie pochopne małżeństwo to nieostrożny wybór. Nie znasz jeszcze dobrze księcia, nie wiesz czy nie będzie cię źle traktował.

– Mamo, oczywiście, że nie będzie mnie źle traktował, on mnie kocha! – Zaprotestowała księżniczka – To przecież naturalna kolej rzeczy, prawda? Pamiętasz wszystkie bajki, które mi czytałaś? W nich zawsze księżniczki wychodzą za księcia, którego pokochają.

„Ciekawe dlaczego te wszystkie bajki zawsze kończą się na ślubie” pomyślała z goryczą Kopciuszek, lecz nie powiedziała tego głośno. W sali nastało poruszenie. To król obwieścił tryumfalnie, że jego córka wychodzi za mąż, za zacnego księcia Maksymiliana. Antonina zostawiła matkę i szybko pobiegła do Sali, aby wymienić z księciem uroczysty pocałunek prawdziwej miłości. Kopciuszek opadła na ławkę. A więc za kilka dni ślub. Postanowiła, że kupi z tej okazji kwiaty…

piątek, 07 maja 2010

Szkoda, że skazałam tego bloga na zapomnienie :) Odzyskać swoją pozycję będzie trudno ;) Ale co ja mogę poradzić, na kryzys twórczy, który mnie dopadł. Poniższe opowiadanie ten kryzys ilustruje - jak ktoś zrozumie jaki jest jego związek z kryzysem, to dostanie taką dobrą babeczkę ;)

A tutaj dodatek, piosenka której fragment pojawia się w opowiadaniu. TYLKO DLA HARDKORÓW, to jest Natasza Urbańska. Proszę zwłaszcza zwrócić uwagę na liryczny tekst piosenki :D

 

 

Kryzys twórczy

 

N. Od kilku godzin siedziała bezczynnie, wpatrując się tępo w ekran laptopa. A właściwie już od kilku dni, tygodni, miesięcy… Czuła że oczy wychodzą jej z oczodołów. Wyobrażała sobie, jak wypadają, i turlają się po biurku. Ale nie, przecież oko to by raczej wypłynęło, nie? Więc zaczęła sobie wyobrażać, jak oko spływa jej po policzku. Wygląda jak jajko sadzone – takie białko i  żółtko. Tylko że żółtko w jej wypadku jest zielone z czarną kropką pośrodku. Zaraz… przecież źrenica to dziura, a dziura nie może wypłynąć… Zanim jajko zdążyło ześlizgnąć się z jej z twarzy na koszulę, otworzyły się drzwi i do mieszkania weszła jej siostra bliźniaczka.

- Cześć, jak tam? – zapytała życzliwie, kierując się w stronę prymitywnego aneksu kuchennego, składającego się z małej lodówki i elektrycznej kuchenki turystycznej z dwoma małymi palnikami. Postawiła dwie wielkie siatki na stół i zaczęła wypakowywać ich zawartość.

- Nijak, czyli jak zawsze – odpowiedziała N. smętnie.

- To może pójdziemy na pizze? Albo hamburgera? – jej siostra przerwała wypakowywanie i podeszła do niej z jogurtem i łyżeczką w ręce – kupiłam ci jogurt.

N. spojrzała na nią jak na idiotkę. – jedzenie – powiedziała – jakie to prozaiczne, jakież pospolite. Ja tu próbuję napisać powieść!

- Nie chcesz jogurtu? – siostra nie wydawała się urażona pogardą w głosie N. – to może ciastko? Wiesz, znalazłam nową cukiernię „U Kornelii”. Mówię ci, lepszych ciastek w życiu nie jadłam. – podeszła z powrotem do siatek, wyciągnęła z nich papierową torbę, a z niej aromatyczną babeczkę. Tym razem N. nawet nie pofatygowała się, aby odpowiedzieć, więc siostra sama zabrała się za jedzenie babeczki, przysiadając na brzegu stołu.

- Idziemy jutro na zakupy – mówiła – może wybierzesz się z nami? Chcemy iść do C&A, widziałam tam taką świetną, fioletową bluzkę. Wiesz jaką, taka dłuższą, jak tunika, ze ściągaczem na dole. Będzie fajnie pasować do mojej dżinsowej kurtki…

N. zmierzyła siostrę krytycznym spojrzeniem. Była zawsze świetnie ubrana, w przeciwieństwie do N., która najchętniej chodziłaby nago. Kiedy były dziećmi, rodzice ubierali je w takie same sukienki. Codziennie chodziły się razem bawić, i nie interesowało ich nic poza podwórkiem, koleżankami i jedzeniem. Jednak gdy dorosły, ich drogi się rozeszły. N. zaczęła zgłębiać tajemnice istnienia, zajęła się filozofią, psychologią i pracą twórczą. Chciała zostać pisarką i stworzyć dzieło genialne. Jej siostra natomiast pozostała na poziomie jedzenia i koleżanek, tyle że doszły jeszcze ciuchy, kosmetyki i faceci. N. nie potrafiła pojąć, jak to możliwe, że tak bardzo się różnią. Jej siostra żyje na zupełnie innej płaszczyźnie świadomości.

- To może nie pisz powieści. – zaproponowała siostra, widząc skwaszoną minę N. – nie możesz napisać opowiadania, tak jak ostatnio?

- Co mi po opowiadaniu – odrzekła N., patrząc w przestrzeń – opowiadanie to taki obrazek rodzajowy. Jest za krótkie, żeby cokolwiek przekazać. A ja chcę opisać emocjonalne rozchwianie i wewnętrzne rozdarcie, związane ze świadomością egzystencji w świecie bez absolutu!

- A nie możesz napisać jakiejś książki o miłości, że ona, on, kwiaty, te sprawy…? To nie jest fajne?

N. skwitowała to milczeniem. Miłość, co za nonsens. Chociaż nie, mogłaby napisać o miłości… może coś takiego: dziewczyna czeka na wymarzonego mężczyznę. Powiedzmy, brunet, 180 cm wzrostu, przystojny, koniecznie w okularach, bo wtedy wygląda inteligentnie. Dobrze zbudowany. Męski, potrafi sam pokonać dziesięciu bandytów, w obronie swej ukochanej, a sam wyjść z tego jedyne z seksownie krwawiącą wargą. Ścisłowiec, zna się na matematyce, informatyce i mechanice. Wojskowy. Ale też wrażliwy poeta. Bogaty, z własnym samochodem, mieszkaniem, dobrą pracą. Ale nie pracoholik i nie snob… z uśmiechem modela, olśniewająco białymi zębami. Zadbany, ale nie za bardzo, żeby nie był gejowy. Dobrze ubrany, pachnący, z tytułem książęcym i małym zamkiem w Anglii, który dostał w spadku po wujku… po prostu pół- bóg, pół- heros, który sra marmurem. No więc na takiego mężczyznę czeka bohaterka… albo nie, ona nie czeka. Ona aktywnie działa, aby go spotkać. W tym celu pali świeczki i kadzidła, i przesiaduje nad nimi całe wieczory, składając modły do Boga, Jahwe, Mahometa, Buddy, Shivy, Visnhu, Brahmy, Krishny, Ramy, Shahruka Khana… I oto jej modły zostają wysłuchane – wymarzony puka do jej drzwi i… i wykłuwa jej oko ołówkiem, tak że ono spływa po policzku… tak, to dobra powieść. Pokazuje ułomność miłości.

- Może jednak chcesz spróbować ciastka – siostra wyrwała ją z zamyślenia, szeleszcząc papierową torbą i wyciągając z niej kolejną babeczkę. W odpowiedzi N. streściła jej fabułę powieści, którą właśnie wymyśliła. Gdy mówiła o oku spływającym po policzku, siostra odłożyła do połowy zjedzoną babkę - Ale… - powiedziała, zastanawiając się – to jak on się z nią ożeni, skoro ona będzie bez oka? Nie będzie ładna.

N. z rozpaczy uderzyła głową w klawiaturę - jaka ty jesteś tępa! – krzyknęła.

- Ciastko jest naprawdę dobre, spróbuj – siostra wyciągnęła do niej babeczkę z zachęcającą miną.

- Wiesz co? – N. nie potrafiła już pohamować złości – Jesteś tak głupim lachonem, że zaczynam podejrzewać, że nie jesteś moją siostrą, tylko jakimś podrzutkiem. Babeczki, bluzeczki, sratatata, czy Ty nie rozumiesz, że ja tu tworzę! Moje pierwsze opowiadanie było bardzo chwalone, jestem pod presją, muszę teraz stworzyć coś lepszego! A ty mi tu przychodzisz, pieprzysz głupoty o jogurtach i koleżankach, które zaszły w ciążę! Co mnie to obchodzi! Przynosisz mi jakieś głupie książki o miłości, głupie komediowe filmy, głupią płytę Nataszy Urbańskej! No to do cholery… mówiąc twoim językiem: zryło cię?!

- Kiedy leżę na piachu, mam poczucie obciachu… - siostra zanuciła piosenkę Nataszy Urbańskiej, sięgając po kolejną babeczkę. – nie chcesz, to nie, będzie więcej dla mnie. Pyszne są.

Tym razem N. opadła z sił zupełnie. Kazała siostrze po prostu wyjść. O dziwo, siostra posłuchała. Podeszła do drzwi, otworzyła je, po czym odwróciła się na pięcie.

- I tak wiesz, że tu wrócę. Gdyby nie ja, to byś nic nie jadła i chodziła nago. Zostawiłam ci babeczkę, serio są pyszne. – posłała jej promienny uśmiech, i wyszła, zostawiając ją samą z absolutem, rozterkami, kryzysem twórczym i okiem spływającym po policzku.

poniedziałek, 03 maja 2010

Nandi pisze licencjat, a eksperyment twórczy pisze Proxyergo :)

Do przeczytania TUTAJ

Enjoy :)

piątek, 30 kwietnia 2010

LAST MINUTE! OFERTA SPECJALNA!

Niezwykła promocja wycieczki do Indii!
Zapraszamy wszystkich na niezwykłą podróż pełną kolorów, zapachów i smaków.

Odlot: 14 maj 2010 godzina 18.00
Lotnisko: MDK Batory ul. Stefana Batorego 6 w Chorzowie
Organizator: Zespół Tańca Indyjskiego TAAL

Program wycieczki:
- spotkanie z klasycznymi formami tańca indyjskiego : Mohiniattam, Kuchipudi, Odissi, Kathak, folkowym tańcem prosto z Bengalu oraz żywym tańcem rodem z Bollywood;
- zwiedzanie w poszczególnych miastach: Bombaj, Goa, Thrissur. Kochi, Bangalore, Bhubaneśwar, Puri, Kalkuta, Delhi (z przewodnikiem!);
- degustacja potraw z najdalszych zakątków Indii;
- wiele innych atrakcji i niespodzianek;
- zapewniamy wygodne zakwaterowanie i środki transportu między poszczególnymi miastami;
- cena zawiera przelot, hotel, transfery, jednodniową wizę indyjską, opłaty lotniskowe i paliwowe, obowiązkowe ubezpieczenia KL NW.

Cena: 4999zł
Promocja! Cena: 15zł

Współorganizatorzy:
- Restauracja Bombaj Tandoori
- Miejski Dom Kultury Batory

Poleć z nami w czasie jednego wieczoru w niezwykły zakątek świata!

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5